[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie powinien tak tego odczuwać.Razem z Lilith szli przez targowisko jak zwyczajna para mieszczuchów, ona zkoszykiem, a on z pieniędzmi, jakie Arachne zazwyczaj dawała Orionowi.Lilith niezbytradziła sobie z zakupami, poniewa\ nie miała pojęcia, czego potrzebują ani ile co powinnokosztować, ale zdawało się, \e wybieranie dojrzałej dyni lub wąchanie pomarszczonegomelona sprawia jej przyjemność.Aubrey nabył chleb i zioła, oraz wino i sól.Za garśćdrobnych, które jej dał, Lilith kupiła bukiet kwiatów i wplotła sobie kilka purpurowychkwiatuszków we włosy nad prawym uchem.Nadały jej dziewczęcy, uwodzicielski wdzięk,jakiego dotychczas nie zauwa\ył.Właśnie opuścili mały, pasiasty kramik, przy którym Lilith obejrzała du\y arbuz izrezygnowała z zakupu, kiedy Aubrey obejrzał się, słysząc jakiś hałas za plecami.Mała,brudna kobieta, u której nie dokonali zakupu, z całej siły rzuciła arbuzem o ziemię irozdeptywała słodki, czerwony mią\sz.Podniosła głowę, pochwyciła zdumiony wzrokAubreya i odpowiedziała mu gniewnym spojrzeniem. Zepsuła! krzyknęła do niego, potrząsając pięścią. Zepsuła go, ot co!Aubrey zrobił krok w jej kierunku, zbyt zaszokowany, by myśleć rozsądnie. Dobra kobieto. zaczął, ale Lilith szarpnęła go za rękaw, pociągając za sobą. Zostaw mruknęła. Zepsuła go, ot co! wrzeszczała kobieta. Nic innegonie mo\na zrobić z takim ładnym arbuzem, jak wyrzucić go, kiedy poło\yła na nim rękę! I takbędzie zgniły!Aubrey strząsnał rękę Lilith i podszedł do kobiety, czując, jak i w nim budzi sięgniew. Jak śmiesz tak mówić o porządnej kobiecie? rzekł stanowczo. Płacimy wamdobrymi pieniędzmi za dobre towary i powinniście. Porządnej! zaskrzeczała.Do tej pory zwróciła ju\ uwagę większości pobliskichhandlarzy i grupki kupujących. To wiedzma, ot co! Odmieniec! Nie podchodzą do niejpsy, konie czy koty, nawet szczury jej unikają.Dzieci uciekają przed nią i wszyscy ludzieodwracają głowy, kiedy przechodzi.Jak czegoś dotknie, to nikt potem. Dość tego! huknął Aubrey i handlarka zamilkła, przera\ona.Czując, jak ogarnia gowściekłość, musiał zebrać wszystkie siły, \eby nie dać się jej ponieść i nie wymówić znanychsobie zaklęć, które ukarałyby winowajczynię. Ani słowa więcej, słyszysz? Inaczejprzysięgam, \e po\ałujesz, i\ twoja noga postała w tej wiosce, nie mówiąc ju\ o obra\aniudamy, która. Damy powtórzyła handlarka, odzyskując głos. Je\eli ona jest damą, to ja jestem. Aubrey usłyszał głos Lilith, chłodny i orzezwiający jak rosa; stała przy nim, nie patrzącna pieniącą się sprzedawczynię. Daj spokój.Chodzmy ju\.Niestety Jej interwencja tylko dolała oliwy do ognia.Handlarka wyciągnęła przedsiebie ręce i demonstracyjnie skrzy\owała palce, robiąc w kierunku Lilith znak odpędzającyzłe moce. Demon! wrzasnęła. Demon! Odejdz ode mnie, demonie! Albo niech spadnie naciebie krew, zguba i nienawiść.Nie czekając, a\ kobieta dokończy klątwę, Aubrey odruchowo podniósł rękę.JednakLilith ponownie chwyciła go za ramię i powstrzymała.Spojrzał na nią i jakby z oddali ujrzałjej regularne rysy, lekko zmącone gniewem.W tym momencie gdzieś z głębi świadomościprzypłynęła zimna, spokojna myśl: To dziwne.Mógłbym zabić dla tej kobiety.Natychmiastotrzezwiał i cały świat odzyskał swe normalne proporcje. Zostaw powtórzyła Lilith. Mamy ju\ to, po co przyszliśmy.Chodzmy stąd.Nie odrywając oczu od jej twarzy, pozwolił, aby go prowadziła, \eby nie spojrzećponownie na kobietę, której o mało co nie zaczarował; pozwolił jej wyprowadzić się ztargowiska, z miasteczka i na ście\kę wiodącą do domu Glyrendena.I ani razu nie spojrzał zasiebie, pod nogi czy na biegnącą przed nimi ście\kę, poniewa\ przez cały czas nie odrywałoczu od jej profilu.Oboje milczeli przez całą powrotną drogę, a Lilith ani na chwilę niepuściła jego ramienia.Glyrendena nie było jeszcze przez dwa dni.Przez ten czas Aubrey pilnie uczył się wkomnacie, w której razem z mistrzem praktykowali magię, a gdzie Lilith, Orion czy Arachnenigdy nie wchodzili.Nie chciał okazywać, \e stało się coś niezwykłego, więc pojawiał się naposiłkach, tryskając humorem.Jednak wiedział, \e to daremne próby.Orion pochłaniał swojąporcję i umykał od stołu; Arachne krzątała się wokół, przynosząc i zabierając półmiski;obojgu było obojętne, czy milczy, czy nie.Lilith grzecznie odpowiadała, kiedy zwracał się doniej i posłusznie milczała, gdy nic nie mówił.Nie był nawet pewny, czy wyczuła jegonapięcie powodowane jej obecnością.Jednak nic szczególnego nie zaszło, a Glyrenden miałwrócić za dzień lub dwa.Wrócił po siedmiu dniach, pózną nocą i Aubrey wyczuł to, gdy rankiem otworzyłoczy.Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego jest tego pewien, ale był; w obecności Glyrendenapowietrze wydawało się cię\sze, a światło jakby przechodziło przez inny filtr.Przez pierwszedni nieobecności czarodzieja Aubrey tęsknił za nim i niecierpliwie wyglądał jego powrotu.Tymczasem teraz z dziwną niechęcią myślał o zejściu na dół i dołączeniu do maga przyśniadaniu lub w pracowni.Przyszedł na śniadanie pózno, ale mą\ i \ona nadal siedzieli przy kuchennym stole
[ Pobierz całość w formacie PDF ]