[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wstał od stołu, lecz zamiast zejść do kasy, jak robił często dladokończenia jakiejś roboty, udał się do swego gabinetu.Przeszedł przezpokój Heliety, pełen jeszcze jej mocnych perfum.Serce Piotra jakby sięrozdarło, wydało mu się, że jest w pokoju, z którego właśnie wyniesionotrumnę.Mimo wszystko kochał jeszcze tę kobietę i wstydził się tego.Ranazadana sercu krwawiła nadal, lecz ubóstwiał wciąż swą Helietę.Chciał dlaniej znalezć wymówkę, a rozum się temu opierał, to była kobieta bez czci,którą powinien nienawidzić.Wszedł potem do swego gabinetu, wspaniałego pokoju, obitegokosztownym materiałem ze stylowymi meblami i dużą biblioteką.Tu usuwałsię zawsze, gdy chciał odpocząć lub pracować, tu w chwilach wolnych odpracy przychodził odświeżyć umysł czytaniem starożytnych autorów.Zimno już było.Od dwóch dni deszcz nie ustawał i dawał się odczuć wpokoju przejmującą wilgocią.Zapalił ogień, przysunął do kominka fotel ipadł na niego znużony, jakby śpiący.A jednak nie usnął.Co chwila patrzyłna zegar.Naraz usłyszał lekkie kroki na dywanie i matka zapytała:- Co tu robisz, Piotrze?- Widzisz, matko, drzemię i myślę.- Dlaczego nie idziesz spać?- Tak mi dobrze! Zostaw mnie, matko.Nie odpowiedziała i odeszła, lecz wychodząc wyjęła klucz z drzwigabinetu i zabrała go ze sobą.Wybiła pierwsza.Randal podniósł się i przed zamknięciem okiennicotworzył okno.Noc smutna, deszcz nie ustaje.Przechodniów coraz mniej, a ostatnitramwaj wraca prawie pusty.Wszystko śpi dokoła.Wychylił się z okna,melancholijnym spojrzeniem ogarnął uśpione przedmieście, magazynypozamykane, oślizgłe chodniki oświecone rzadkimi latarniami, a naprzeciwulice ciche, puste i czarne.%7łegnał całą duszą to przedmieście, na którym się urodził i gdzie przezdługi czas był szczęśliwy.Tu jego ojciec, stary Randal założył jeden z największych domówhandlowych w całym Paryżu, tutaj jego matka pracowała bez wytchnieniagromadząc złoto, dużo złota, żeby jej syn był bogaty i szczęśliwy.I igraszkąlosu to złoto, owoc tyloletniej pracy, roztrwonione zostało w przeciągu kilkulat.Wystarczyło chwili dla zaprzepaszczenia wszystkiego, dla sprowadzeniaruiny na zamożny dom.Zwrócił ostatnie spojrzenie na zachmurzone niebo.Ani jedna gwiazda mejaśniała w górze, a ciemna przestrzeń zasłaniała horyzont.Zamknął okno, zapuścił firanki.Zbliżył się do ściany, zdjął pistolet, nabił ipołożył na stole obok siebie.Podszedł do drzwi, żeby je zamknąć na klucz.Klucza nie było.Zmieszało go to nieco, ale uspokoił się.Klucza brakowało pewnie oddawna, tylko tego nie spostrzegł.Przycisnął drzwi, zapuścił ciężkieaksamitne portiery i powrócił do biurka z zamiarem napisania kilku listów.Tak bardzo był zajęty, iż nie słyszał, jak drzwi się uchyliły i nie widział,jak spomiędzy rozsuniętej portiery wyjrzała blada twarz.Od pierwszego rzutu oka ujrzała broń i zrozumiała.Czując, że wszystkiejej błagania nie wzruszą syna, powzięła szybko ostatnią decyzję.Wburzona,blada, pobiegła do pokoju Gizeli.Dziecko spało w swoim białym łóżeczku.- Gizelo! - zaszeptała nagląco.A że dziewczynka nie budziła się, uniosła ją, wzięła na ręce, pocałowała.- Gizelo, obudz się, chodz moje dziecko.Twój ojciec chce umrzeć,opuścić nas na zawsze.Trzeba żebyś poszła, rzuciła mu się do kolan,wyciągnęła do niego rączki, całowała i wołała z całego serca: Ojcze, ojcze, janie chcę, żebyś umarł.Słyszysz, musisz tak powiedzieć.Obudz się, Gizelomoja, moje kochanie, otwórz prędko oczy, dziecko najdroższe!Dziewczynka podniosła powieki ociężałe od snu i popatrzyła na bladątwarz babki zalaną łzami.I bosą, w długiej nocnej koszulce babka uniosłajak najdroższy skarb.Z tym ciężarem, z białymi włosami rozwianymi na ramionach, ze słuchemwytężonym w ciszę nocną, biegła przez puste pokoje.Jej stare macierzyńskieserce o mało nie rozerwało piersi, zdawało jej się, że już słyszy śmiertelnywystrzał.Przed gabinetem syna, postawiła dziecko na ziemi i pokazując na drzwipowiedziała:- Otwórz cichutko, idz do ojca.i niech cię Bóg natchnie, moje dziecko.Dziewczynka zrozumiała.Bóg rozjaśnił w jej główce, serce podyktowałowzruszające słowa.W długiej nocnej koszulce, odkrywającej drobne bosenóżki wbiegła do gabinetu ojca.Cichutko przysunęła się do niego, podobnado anioła przybywającego, żeby go ocalić.- Ojcze! - powiedziała klękając u jego kolan.- Ojcze, ty chcesz umrzeć,chcesz opuścić babcię i mnie! Biedną babcię, która cię tak kocha i mnie,która cię uwielbiam! Chcesz umrzeć, babcia mi to powiedziała.Ojcze, co sięz nami stanie bez ciebie? Ojcze kochany! - Złożyła małe rączęta.- Zostanęwtedy biedną sierotką, tatusiu, nikt mnie nie będzie kochał.Mama odjechałai ty chcesz zrobić to samo, chcesz mnie opuścić! - I dziecko zaczęło głośnopłakać.Randal krzyknął rozpaczliwie, wziął je w ramiona, przycisnął namiętniedo piersi i także wybuchnął płaczem.To naprawdę nikczemne, umrzeć! Opuścić na zawsze maleńką córkę istarą matkę, zrujnowane przez rozrzutność Heliety
[ Pobierz całość w formacie PDF ]