[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zresztą ciebie świat nie przestanie interesować, bo o ile cię poznałam, to ciebieciągle coś ponosi i rwie.Jedni to nazywają  tęsknotą do czegoś lepszego , a ja mówię po prostu:temperament.Masz temperament i dlatego odeszłaś od Jacka, że ci nie wystarczał.Musisz miećkoło siebie ruch i ludzi, musisz być kochana i pieszczona, musisz się śmiać i wiecznie czymśzajmować.Powiedzenie:  w cichym kątku, byle z nim jest śmieszne i wcale ci nie odpowiada.Zresztą to nie tylko moje zdanie, ale i wszystkich chłopców, wspólnych naszych znajomych.Jesteśurodzoną kokietką w każdym ruchu i uśmiechu, wcale ci tego nie mam za złe, ale wcale się niedziwię, że chłopcy głowy za tobą tracą.(W tym miejscu założyła sobie nogę na szyję).- Wcale nie tracą - odważyła się pisnąć Adrianka.- Możesz to powiedzieć pannie Józi, ale nie mnie, obrzydliwa kokietko.Przecież ty i domnie oczy przewracasz.- No, bo ja lubię, gdy mnie lubią.- Jesteś mały głuptas i kładz się spać.Dobranoc - i ucałowała Adriankę. - Dobranoc, Teń_$teń, Kleopatro, pantero przewrotna.- I nie siedz długo, Ari, w Warszawie, bo będziemy tu tęsknić do ciebie.Odeszła, Ari zaś patrzyła zachwyconymi oczami na śliczne, kocie ruchy przyjaciółki.Tolek całą drogę troskliwie czuwał nad Adrianką, by się nie zmęczyła, by nie stanęła wprzeciągu, by w porę zjadła i wypiła. Jacek tego nie umiał - myślała Ari.Taką pełną serca opiekędawał jej dotąd tylko ojciec.Przyjechali do Warszawy w południe i poszli prosto do sekretariatuuniwersyteckiego, gdzie dowiedzieli się, że profesor po ciężkiej operacji żołądka leży w klinice.Adrianka nie miała kropli krwi w twarzy, gdy ją towarzysz wprowadzał po szerokich schodachszpitalnych do separatki, w której leżał profesor.- Tolek, ja wejdę sama, poczekaj.- Dobrze! - rzekł cicho, a serce ściskał mu żal i trwoga o kochaną dziewczynę.Ari ostrożnie otworzyła drzwi.Ojciec leżał na szerokim, wygodnym łóżku pod oknem iczytał gazetę, więc twarzy jego nie mogła zobaczyć od razu.W pokoju nie było nikogo więcej.Napalcach podeszła do łóżka, a potem przyklękneła, szepcząc:- Tatusiu, czy gazeta więcej cię interesuje niż Adrianka?Papier z szelestem upadł na kołdrę, wymizerowaną, żółtą twarz chorego oblał rumieniec.- Ari! Słoneczko moje!Przycisnęła usta do zapadłych policzków, loki jej rozsypały mu się po oczach i ustach.Niemówili do siebie nic długą, długą chwilę.- Dlaczego nie pisałeś, tatusiu, żeś chory?- Po co?- Jak to po co? Byłabym od razu przyjechała, żebyś tak samotnie tu nie tkwił, brzydkitatusiu.A wiesz, że teraz pracuję w redakcji i piszę felietony?- Wiem! O! - i pokazał palcem na gazetę i na artykuł Ari.Azy błysnęły w oczach dziewczyny.- Ale ty już prędko wyzdrowiejesz, prawda?- Prędko, Ari.Nie ma nic groznego.- Widzisz, ty milczku! Tyle czasu byłeś bez swojej Ari, a ja tak się niepokoiłam.- Nie byłem bez ciebie.- Jak to?Z trudem wydobył spod poduszki małą książeczkę bez oprawy i podał córce.Ari spojrzałana tytuł i zdrętwiała:  Droga do słońca - poezje Ari Klaudius.- Tatusiu!.Tatusiu! - szepnęła zbielałymi wargami. - No, głupstwo, zbierałem wszystkie twoje poezje, dałem do oceny i wydałem.Dobre są,Ari! Tylko jeszcze nie przyszły z oprawy.Za jakieś dwa tygodnie ukażą się w księgarniach.- Tatusiu! Ja zwariuję chyba.Czy może wejść Tolek?- Aha, ten twój  parasol i przy pogodzie ?! Niech wejdzie - uśmiechnął się profesor.Wybiegła na korytarz.- Tolek, chodz prędko, prędko.Tatuś ci coś pokaże.Usiedli przy łóżku oboje.Twarzyczka Ari zapłonęła wypiekami.Była odurzona i widokiemojca, i niespodzianką.Trzymała w obu dłoniach rękę ojca i nie spuszczała z jego twarzybłyszczących oczu.Tolek opowiadał profesorowi o pannie Józi, o pani Tereni, o redakcji, owszystkim, co miało coś wspólnego z Adrianką.Profesor słuchał i uśmiechał się.Nagle spytał:- A gdzie ty będziesz dziś nocowała, Ari?- Chyba w hotelu, tatusiu.- Pieniądze masz?- O, myślę, że mi starczy.- To ja teraz zostawię państwa samych i pójdę zamówić pokój dla Ari.Za jakieś dwiegodzinki przyjdę - rzekł Tolek.Pożegnał profesora i poszedł, czując, że tym dwojgu teraz najlepiejbez świadków.I mimo woli złapał się na zazdrości: co by za to dał, żeby Ari jego choć w połowietak kochała, jak profesora.- A.Imogenka tatusia nie odwiedza?- Imogenka ma córeczkę, jest zajęta.- A mamusia?- A matka też przy Imognece, ale czasem zagląda.- No, a Leszek?- Leszek na praktyce.- Tatusiu, więc jak mogłeś milczeć? Co ci na mózg padło? Ja się stąd nie ruszę, póki niewstaniesz.- O nie, Ari, ty wrócisz do pracy.Ja dam sobie radę sam.W tej chwili otworzyły się drzwi i na progu stanęła pani Klaudiusowa z Wiktorem.Adrianka zacisnęła tylko mocno palce na dłoni ojca i otrzymała nawzajem długi, krzepiący uścisk.Wstała i bez trwogi patrzyła na matkę, tylko z jej twarzy zniknął rumieniec.Profesorowa podeszłado chorego.- Nie spodziewałam się zastać tu twojej córki - wycedziła. - Jestem nie tylko córką profesora Klaudiusa, ale i córką pani profesorowej Klaudius, zczego mam chyba prawo być zadowolona.Daj mi się pocałować, mamusiu, i nie gniewaj się, bonie warto.Tatusiowi najlepiej zrobi nasza zgoda - pochyliła się i pocałowała rękę matki.W tej chwili podszedł Wiktor.- Panno Adrianko, bardzo się cieszę, że widzę panią zdrową i wesołą.Pani Klaudius odsapnęła i nie mogła jakoś zdobyć się na gest odpychający córkę.Arizwróciła się do szwagra.- Ja też jestem zadowolona.Winszuję panu córeczki.- Ach, co to za przepiękne dziecko! Wykapana Imogenka.A jakie mądre! - wykrzyknęłaprofesorowa szczęśliwa, że może wybrnąć z mocno kłopotliwej sytuacji.- No, ja sobie wyobrażam ten ósmy cud świata.A jak się czuje %7łeniusia?- %7łeniusia? Ach, to jest męczennica, jak zresztą każda matka.Z takim maleństwem wciążutrapienie, a ona taka delikatna.Zapracowane biedactwo! Na matkę też, prawdę mówiąc, za młodajeszcze.- Nie ma służącej?- Cóż znowu? Jest! Niańka też.- Więc właściwie co %7łeniusia robi, skoro przy takiej kruszynie jest niańka, jest mamusia, noi ona?- Co ty możesz o tym wiedzieć? Ty od takich obowiązków uciekłaś, a %7łenia się poświęciła.Ona jest czymś w społeczeństwie, ty pasożytem, o swojej tylko wygodzie myślącym.%7łeby nie obecność chorego ojca, Adrianka wiedziałaby, co odpowiedzieć, ale nie chciaładenerwować profesora, uśmiechnęła się więc słodko.- Mateczko, i pasożyty Pan Bóg stworzył, niechże sobie żyją w spokoju.Jak się pan czuje wroli ojca?- Dobrze, Ari.Myślę, że powinna pani sama nasze bobo zobaczyć.Byłbym bardzoszczęśliwy.Porozmawialibyśmy.Ach! Ari nawet nie przeszło przez myśl, jak gorąco, jak całą duszą zapragnął Wiktor napićsię spokoju i uśmiechu, którym promieniowała dawna narzeczona.Porozmawiać z nią, popatrzeć wmądre, wesołe oczy.W domu królowała znudzona i ciągle od czasu ciąży nieszczęśliwa Imogenka.Dla niego nie było tam miejsca.%7łenia wyobrażała sobie małżeństwo jak salę balową.Nieobchodziły jej sprawy męża, tak jak i jego nie obchodziły sprawy gałganków i ploteczek [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl