[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.NASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG135Zwistawki obiadowe zaczynały przecinać powietrze ze wszystkichstron, gdy się wydostał do powozu i prawie galopem pojechał do kanto-ru.Zastał tylko Bucholca i Horna, bo reszta już się rozproszyła naobiad. Pan za mocno akcentujesz swoje słowa szeptał Bucholc wycią-gając się w fotelu. Nie umiem inaczej mówić warczał Horn. Potrzeba, żebyś się pan nauczył, bo ja tego nie znoszę. To mi jest Schwam-druber, panie prezesie mówił prawie spo-kojnie, tylko usta mu drgały nerwowo, a niebieskie oczy pociemniałynagle. Do kogo to pan mówisz? podniósł nieco głos. Do pana prezesa. Panie Horn, ja pana ostrzegam, bo ja za wiele cierpliwości niemam, ja panu. Nie potrzebuję wiedzieć, czy pan jest cierpliwy, czy nie, to mnienie obchodzi. Nie przerywaj pan, kiedy ja mówię, kiedy Bucholc mówi! Nie widzę przyczyny, dlaczego nie może być cicho Bucholc, kie-dy Horn mówi.Bucholc zerwał się, ale tylko syknął z bólu, gładził przez chwilęokręcone nogi i oddychał ciężko, przykrył powiekami oczy, złość nimtrzęsła, ale milczał, bo chciał panować nad sobą.Horn, który z całą świadomością i nawet z pewną metodą rozdraż-niał go coraz bardziej, złożył księgi, najspokojniej zabrał swoje ołówki,gumy i obsadki, owinął je w papier i schował do kieszeni.Robił to wszystko bardzo wolno i spoglądał na Borowieckiego, któ-ry zdumiony jego zachowaniem i tą niesłychaną kłótnią, nie wiedział,co zrobić ze sobą.Nie mógł wziąć strony Horna, bo nie wiedział, o coim poszło, a zresztą nie ująłby się i tak za nim, bo więcej go obchodziłBucholc.Patrzał więc zgorszony na Horna, który spokojnie kładł kalo-sze i uśmiechał się sinymi z irytacji ustami. Pan u mnie miejsca nie masz, ja pana wyrzucam szepnął Bu-cholc. Ja sobie robię grubą nieprzyzwoitość z pana i z pańskiego miej-sca.Wsadzał drugi kalosz. Prócz tego każę cię wyrzucić za drzwi. Spróbuj, chamie! krzyknął ubierając się śpiesznie w palto.NASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG136 Kundel, za drzwi z nim! szepnął jeszcze ciszej Bucholc, ściska-jąc nerwowo kij. Daj spokój, August, nie próbuj, bo tobie razem z twoim panemnadłamię żeber. Verflucht! Za drzwi z nim! zakrzyczał. Milczeć złodzieju! ryknął Horn chwytając za jakiś ciężki stołeki gotów był bić, gdyby go był ktokolwiek dotknął. Milczeć, ty szwab-ska mordo! ty szakalu! rzucił stołkiem pod biurko i wyszedł, trza-snąwszy tak silnie drzwiami, aż wszystkie szyby z nich wyleciały.Borowiecki wysunął się już przedtem.Bucholc opadł z jękiem, nieprzytomny prawie z gniewu, miał tyletylko sił, że nacisnął guzik elektryczny i przyduszonym, ochrypłymgłosem szepnął: Policja!Długa cisza zapanowała w pustym kantorze.Lokaj stał bez ruchuprzestraszony i nie wiedział, co robić, patrzył na twarz siną Bucholca ina wykrzywione z bólu usta, który oprzytomniał wreszcie, otworzyłoczy, popatrzył na pusty kantor, poprawił się w fotelu i po długiejchwili zawołał łagodnie: August!Lokaj podszedł ze strachem, bo jak tylko wołał po imieniu i udawałłagodnego, wtedy był na j straszniejszy m. Gdzie pan Horn? Jaśnie pan go wyrzucił, to i poszedł. Dobrze.A gdzie pan Borowiecki? Zajrzał tylko i zaraz wyszedł, musiał iść na obiad, bo już po dwu-nastej, fabryki dosyć dawno gwizdały na południe przeciągał umyśl-nie odpowiedzi. Dobrze.Stań z boku.Lokaj drgnął, ale wypełnił rozkaz. Słucham! rzekł bardzo pokornym głosem. Kazałem ci wyrzucić tego psa, dlaczego nie słuchałeś, co? Jaśnie panie on sam wyszedł zaczął się tłumaczyć ze łzami. Milczeć! krzyknął i uderzył go z całej siły kijem przez twarz.August bezwiednie cofnął się w tył. Stój, chodz bliżej!I gdy lokaj pod wpływem strachu znowu się przysunął, przytrzymałgo za rękę i potężnie obłożył kijami.NASK IFP UGZe zbiorów Wirtualnej Biblioteki Literatury Polskiej Instytutu Filologii Polskiej UG137August nie próbował się nawet wydzierać, odwrócił tylko twarz,żeby ukryć łzy, które mu się strumieniem lały po wygolonych policz-kach, a gdy Bucholc przestał go bić śmiertelnie zmęczony i leżał w fo-telu jęcząc, zaczął obwijać mu nogi we flanele, które się pozsuwałypodczas gwałtownych poruszeń.Karol tymczasem, nie chcąc być świadkiem awantury, wyniósł się ipojechał na obiad.Jadał w tak zwanej kolonii na Spacerowej
[ Pobierz całość w formacie PDF ]