[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czasem człowiek ma wrażenie, że wszystko sięprzeciwko niemu sprzysięgło.Robinson na pewno należał do klubu rozgoryczonychnieudaczników.Pozostało mi sześć dni, aby się dowiedzieć, czy Stephens i Ralston wimię swoich przyszłych profitów postanowili poświęcić życie ośmiu osób.Musiałemsię przekonać, czy są potworami.Wszystko było dla mnie jasne.Wiedziałem, kto jest dobry, a kto zły, i kogo należało ocalić.Wreszcie miałem jasny obraz sytuacji.Po piętnastu minutach niebyłem już pewny niczego. Rozdział dwudziesty- Jack? Powiedz mi, Jack, kiedy przyjedziesz do biura?- Po kolei, Blu.Czy Derek Stephens odezwał się do ciebie albo dał znak życia?- Posłuchaj, jest tutaj ktoś, kto chce się z tobą spotkać.Spojrzałem na zegarek.Dochodziła piąta.- Kto to? Nikt nie był ze mną umówiony.- Pan Stephens.Mało nie podskoczyłem w fotelu.- O kurcze blade! Jest u ciebie? Czeka?- Tak.- Na mnie?- Aha.- Powiedz mu, żeby się nigdzie nie ruszał.Zaraz przyjadę.- Nie wygląda, jakby zamierzał się stąd ruszać.- Będę w biurze za piętnaście minut.Derek Stephens nie wyglądał na wkurzonego.Nie sprawiał także wrażeniaczłowieka, który siłą woli powstrzymuje nerwy na wodzy.W zasadzie.Zachowywał siętak, jakby to był kolejny, zwykły dzień jego życia, a sprawa Sammy ego Liston, Blu iferrari była dla niego szaradą bez znaczenia.Kiedy wszedłem, podniósł się z fotela wpoczekalni, i powitał mnie z taką nonszalancją, jakbym wchodził nie do mojego, ale dojego biura.Nawet pierwszy zabrał głos:- Jack - powiedział.- Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie kilka minut.Spojrzałem na Blu i spytałem:- Wszystko w porządku, skarbie? - Kiwnęła głową.- Może wyskoczysz sobie nakawę?- Nie martw się o mnie.- Blu popatrzyła na Stephensa, założyła żakiet, wzięłatorebkę i wyszła.- Zapraszam do biura - rzuciłem w kierunku mojego gościa.Stephens wszedł do gabinetu i odłożył okulary na blat biurka.Obrzucił wzrokiem biuro, fotel i sprzęty, pewnie zastanawiając się, jakim cudem jestem wstanie pracować w pomieszczeniu, które rozmiarami przypomina jego ubikację.Stałem spięty, bo chociaż w sądzie czasem wylewano mi wiadro pomyj na głowę, tonie zwykłem słuchać takich pretensji u siebie.Po rozmowie z Robinsonem byłemjeszcze bardziej bojowo nastawiony.Istniała spora szansa, że obok mnie stałmorderca, choć, z drugiej strony, Stephens mógł być też niewinny.Z tego powodupostanowiłem zająć neutralne stanowisko.Wskazałem mu fotel, usiadłem po drugiejstronie biurka i pozwoliłem mu popatrzeć na moje podbite oko.- W czym mogę pomóc? - spytałem.Stephens siedział przez chwilę w milczeniu, uśmiechając się do mnie, a potemodparł.- Wpadłem na pewien pomysł, Jack.Otóż wymyśliłem sobie, że możemy zostaćprzyjaciółmi.Odwzajemniłem uśmiech i odparłem:- Rany, Derek.Sam nie wiem, czy to wypali.Czemu sądzisz, że to dobrypomysł?- W ten sposób mogę ci udzielić przyjacielskiej rady, zamiast ostrzeżenia.- Cholera, nie wiedziałem, że potrzebuję któregoś z nich.Stephens wzruszył ramionami.- Ludzie w potrzebie rzadko zdają sobie sprawę z jej istnienia.Mam wrażenie,że zle zaczęliśmy tę rozmowę.Spróbuję jeszcze raz.Uznałem, że dam mu szansę, aby się wygadał.- Derek, stary kumplu, zamieniam się w słuch.- Ostatnimi czasy wsadzasz nos tam, gdzie nie trzeba, zwłaszcza pod spódnicężony Charlesa Ralstona.Aha, czyli jednak pójdziemy na noże, pomyślałem.Nie ma problemu, możemyto załatwić i tak.- Wybaczysz mi, mam nadzieję, że nie będę słuchał rad notorycznegopodrywacza sekretarek?Stephens uśmiechnął się, jakby pomyślał: dobrze, że masz jaja.Teraz zaczniesię robić interesująco.- Wiem, że to nie ma nic wspólnego z tą rozmową, ale nie aprobujesz mojegozwiązku z Blu, prawda?- Obawiam się, że gdybym miał szczerze odpowiedzieć, musiałbym być wulgarny.Stephens machnął niedbale ręką.- Nie krępuj się.- Problem polega na tym, Derek, że Blu to wspaniała dziewczyna.Ma złoteserce, choć nie jest specjalnie bystra.W przeciwieństwie do niej, ty jesteś bogatymsnobem, który uważa się za lepszego od innych, bo przeczytałeś w życiu kilka mądrychksiążek.Jednak nie dbam o to, w gruncie rzeczy.Martwi mnie coś innego.- Co dokładniej?- Fakt, że przez jakiś czas będziesz umawiał się z moją sekretarką, a potemzaciągniesz ją do łóżka.Potem będziesz się zabawiał z nią tak długo, aż ci się nieznudzi i - koniec końców - rzucisz ją.Niestety, Blu jest słodkim dzieckiem, które nierozumie, dlaczego traktujesz ją jak zabawkę, a nie osobę z krwi i kości.Przecież nieożenisz się z nią, nawet za sto lat.Nie żebym chciał, abyś to zrobił, ale nie o to michodzi.Nie zrobisz tego, bo będziesz się wstydził przedstawić ją kolegom.Będziesz siębał, że zawstydzi cię na jakimś przyjęciu, pytając, którego widelca ma użyć dojedzenia, albo co właściwie napisał Dante, i o co chodzi z obrazami Kandinskiego.Amoże powie coś prostego, głupiutkiego i płynącego z głębi serca, na przykład, żechciałaby pomalować waszą sypialnię na błękitno, przez co stracisz swoją pozycjępośród kumpli.Nie, Derek, nie ożenisz się z nią, bo znam typy takie, jak ty, starykumplu.Pobawisz się nią trochę, a kiedy przestanie być użyteczna, zostawisz.Blu wswojej naiwności nawet nie przypuszcza, że można tak postąpić.Ja ze swojej stronypotrafię na pierwszy rzut oka rozpoznać takich drani.Im dłużej o was myślę, tymbardziej wstydzę się tego, że jestem mężczyzną.Stephens siedział milcząco, bujając się w fotelu.Obserwował mnie bacznymspojrzeniem, a w końcu odparł:- Jaka szkoda, Jack, że się gdzieś zgubiłeś po drodze.Mówię zupełnie szczerze.Jesteś doskonałym mówcą.- Pochylił się w moją stronę i dodał: - Zdajesz sobiesprawę, że dowiedziałem się o tobie paru rzeczy.Nie miej do mnie pretensji, alemusiałem, skoro wpychasz łapy pod bieliznę Michele.- Oparł łokcie o blat i splótłdłonie.- Będę mówił krótko, bo czas mnie trochę goni.Byłeś świetny, Jack.W swoimczasie mogłeś być najlepszym prawnikiem w mieście.Ambicja, talent i pracowitość,rzadko się spotyka taką kombinację.Niestety, uległeś niewłaściwej pokusie.-Rozejrzał się znacząco po moim biurze.- I wylądowałeś.tutaj.Spoglądając na niego, powiedziałem sobie w duchu, że jeśli wymówi jej imię, huknę go prosto w pysk.Stephens nie popełnił tego błędu i mówił dalej:- Dwa lata temu byłeś najbardziej obiecującym prawnikiem u Carthy ego,Williamsa i Douglasa.Niezła kancelaria, szerokie perspektywy.Jeden zły ruch iwyleciałeś z toru.Prawda jest taka, że poświęciłeś się na ołtarzu miłości do kobiety.Chcesz popełnić ten sam błąd po raz kolejny?Przez chwilę zastanawiałem się, ile lat bym dostał za połamanie nógStephensowi.On jednak coś chciał ode mnie.- Pewnie ci się wydaje, że jesteś królem świata, czyż nie?- Wszystko na to wskazuje.- Czy twoja narzeczona nie pochodzi z Connecticut? Co skończyła, genderstudies? Twarda z niej sztuka, dlatego nie możesz utrzymać łap przy sobie, widząc tylefajnych dziewczyn z Południa.Teraz trafiła ci się najwspanialsza z cudownych, a zatydzień zostaniesz miliarderem.- Do czego zmierzasz?- Do tego, że nie masz nic.Stephens wyglądał na rozbawionego.- Nic?- Tak, nic.A wiesz dlaczego? Bo brakuje ci szlachetności.Derek, ty niezapracowałeś na swój sukces.Ukradliście z Ralstonem formułę lekarstwa i terazżyjecie z cudzej pracy.Stephens zmierzył mnie wzrokiem.- Takie oskarżenia wysuwa tylko jeden człowiek na świecie [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl