[ Pobierz całość w formacie PDF ]
. Nie lepiej trzymać się rzeki? Musielibyśmy tańczyć w każdej wiosce między Tezerą i Elat.Stracilibyśmy dużo czasu.Znać było, że jest przygaszona.Od zboża, niczym głos niewidzialnego stworzenia,dolatywało ledwie słyszalne buczenie.Pewnie wiatr szumi w pszenicy, pomyślał Kerris.Wysokie zdzbła po obu stronach drogi śpiewały cichym szeptem.Przyginały się miarowo doziemi, zupełnie jakby gładziła je dłoń jakiegoś giganta. Jedzmy!  zakomenderował Calwin.Zjechali w przestwór złocistego zboża.Mogłoby się wydawać, że nikt nie zwraca na nichuwagi, wszelako Kerris miał nieodparte wrażenie, iż są śledzeni.Kupcy odwiedzający Tornoropowiadali o Galbareth jak o żywej istocie.Dopiero teraz zrozumiał, o co im chodziło.Minęlikonie skubiące trawę na pastwisku.Zwierzęta uniosły łby i odprowadziły wędrowcówspojrzeniem szklistych oczu.W górze przelatywały wrony, a wyżej na ciemnoniebieskimniebie, wypatrując zdobyczy, krążyły drapieżne jastrzębie.Na żerdziach powiewały koloroweszmatki.Minęli dwie kobiety w sukienkach i słomkowych kapeluszach.Pierwsza wyprostowała się, aby przyjrzeć się podróżnym.Miała twarz spieczoną nasłońcu, a oczy czarne jak węgle.Nie pozdrowiła ich ani słowem.Wzmagał się wiatr.Na południu i na zachodzie zaczęły się zbierać pierwsze chmuryburzowe.Ciemnoszare i ametystowe sunęły ku nim ławą.Czirisowie przystanęli, aby sięnaradzić.Calwin miał niewesołą minę. Wątpię, byśmy tu znalezli schronienie  powiedział. Budynki w Galbareth mają tęwłaściwość, że często zmieniają położenie.Zagroda, która powinna być zaraz niedaleko,znajduje się nagle kilka staj dalej.  Może burza przejdzie bokiem  spekulowała Elli. Idzie prosto na nas  stwierdził Calwin.Ruszyli więc w dalszą drogę.Niebo szybko ciemniało.Spadły pierwsze krople deszczu  zrazu oszczędnie, jakby ktoś wyciskał je ze ścierki.Zchmury na chmurę przeskakiwały błyskawice.Konie zdradzały wyrazny niepokój.Kerriszwiązał pod szyją rzemyki płaszcza.Zboże syczało i był to straszny, zle wróżący dzwięk.Cośśmignęło przez drogę pod kopytami wierzchowców.Jensie zaklęła, gdy jej koń cofnął siępierzchliwie. Stójcie!  zawołała Ilene, wskazując na południow-zachód. Kiedy wiatr pochyliłzboże, zobaczyłam coś jakby kawałek dachu.Może to stodoła? Pewnie ci się przywidziało  rzekł Calwin i spojrzał na Riniarda.Rudzielec tylkowzruszył ramionami i zagryzł wargę. Daleko stąd? Chyba blisko.Prowadzi tam ścieżka. Wskazała palcem miedzę wśród pszenicy.Odbijała z niej w prawo szeroka dróżka.Kel, Riniard i Kalwin jeszcze się naradzali.W końcu ten ostatni zjechał z głównej drogina miedzę.Galbareth dmuchało w nich kurzem niczym wielki, rozbudzony kot.Konie tak się bały, że trzeba je było prowadzić, szli więc gęsiego między łanami zboża.Pył wciskał się pod powieki i gryzł w gardle.W górze przetaczały się gromy.W powietrzurozszedł się swąd spalenizny. Tutaj!  krzyknął Calwin.Uciekając przed chłostą wzburzonych kłosów, Kerris wyprowadził Magritę na wolnąprzestrzeń.Rozejrzał się za stodołą, lecz nie zauważył żadnych zabudowań.Na nagiejokrągłej polance stało tylko kilka sągów drewna.Nawałnica szalała coraz bardziej.Wszyscy drżeli w strugach zimnego deszczu.Kerrissłyszał przekleństwa Jensie.Przykucnął na ulewie.Zwiat rozpłynął się, zmienił, zamazał.Czuł się zagubiony w tym obcym kraju, a otaczający go ludzie byli bezkształtni jak cienie czyduchy, całkiem mu nieznani.Nie wiedział, kim są i co on tutaj robi.Dręczyło go uczuciesamotności i niemocy.Góry zniknęły, a bez nich tracił otuchę.Bolała go ręka, którąkurczowo trzymał cugle wierzchowca.Bał się.Był przerażony.Usłyszał swoje imię, lecz puścił je mimo uszu.Przecież nie znał tych ludzi.Nie chciałmieć z nimi nic wspólnego. Kerris! Co mu się stało? Hej, ocknij się [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • lo2chrzanow.htw.pl