[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Więc to się stało przed domem inżyniera Wernera?- Ano tak.Opowiem panu wszystko od początku.Roznosiłem,jak zwykle, pocztę w swoim rejonie.Miałem parę listów do panainżyniera Wernera.Znam go przecież doskonale, bo już tamładnych kilka lat noszę.Więc wsunąłem listy i gazety do skrzynki iposzedłem dalej.Dopiero za rogiem zorientowałem się, żezapomniałem zostawić jeszcze dwóch zagranicznych gazet.Takiekolorowe czasopisma angielskie czy amerykańskie.Musiałemwrócić.Dochodzę do domu pana Wernera.patrzę, a tu jakiśfacet majstruje przy skrzynce na listy.Nie był to ani pan Werner,ani ten Anglik, którego zabili.- Znał go pan?- Tak.Ze dwa razy go widziałem.- I co dalej?- Więc podchodzę do tego faceta i pytam, co robi przy skrzynce.W tej chwili on, mnie rąbnął czymś ciężkim w głowę i koniec.Jak otworzyłem oczy, jakiś człowiek w białym fartuchu klepałminie po twarzy.Aeb mnie cholernie bolał i do tej pory jeszczeboli.- Musi pan sobie kłaść zimne okłady - doradził Downar.- Niechmi pan powie, jak wyglądał człowiek, który pana uderzył?- Zauważyłem tylko, że miał brodę.Twarzy dokładnie niewidziałem, bo nosił ciemne okulary.- Był wysoki, niski?- Tego nie mogę powiedzieć.Stal pochylany przy skrzynce.- A jak był ubrany?- Tak zwyczajnie.Specjalnie nie zauważyłem,- Więc może pan o nim tylko powiedzieć, że miał brodę i ciemneokulary?- To widziałem.Brodę miał i okulary także.- Jakiego koloru była broda?- Bo ja wiem.Chyba czarna.- Czy odezwał się do pana?- Nie.Tylko mnie walnął.Downar w zamyśleniu stukał długopisem o blat biurka- Niech mi pan jeszcze powie, czy u państwa Wernerów był ktośw domu?- Chyba nie.O tej porze oboje są w pracy.Zresztą nie wiem.Niedzwoniłem.- Czy zazwyczaj właśnie w tym czasie roznosi pan pocztę wswoim rejonie?- Tak.Mam stałe godziny.- A dzisiaj miał pan może jakiś zagraniczny list dla państwaWernerów?- Miałem.Z Anglii.- Tak pan dobrze pamięta, że z Anglii?Listonosz trochę się zmieszał.- Muszę się przyznać, panu, panie majorze, że.- %7łe co?- %7łe popełniłem maleńkie nadużycie.- Nadużycie? Jakie? - zdziwił się Downar.- Bo ja, proszę pana, jestem filatelistą.Strasznie mi się spodobałten angielski znaczek i odkleiłem.Wiem.że nie powinno się takichrzeczy robić, ale czasem człowieka podkusi.- Ma pan ten znaczek?- Mam.Proszą bardzo.Downar obejrzał znaczek.- Pewnie pana zmartwię, ale muszę go dołączyć do akt.- Ale nic nie szkodzi, panie majorze.Jak trzeba, mówi się trudno.- Czy pamięta pan, do kogo adresowany był list?- Do inżyniera Wernera.- A może był dopisek, że dla pana Sosnowskiego?- Może był, nie pamiętam.- Koperta była lotnicza?- Tak.- A na odwrocie był może adres nadawcy?- Nie patrzyłem.- Znaczek był tylko jeden?- Tak.Tylko ten, który panu dałem.Downar wstał.- Na razie to byłoby wszystko.Gdyby pan coś sobie przypomniałw związku z dzisiejszym wydarzeniem, proszę mnie zawiadomić.- Ma się rozumieć, panie majorze.Po wyjściu listonosza, Olszewski, który dotychczasprotokołował w milczeniu, podniósł głowę znad maszyny izauważył:- Szkoda, że to nie był list polecony.- Ba! - mruknął Downar.- Pewnie, że polecony uprościłby namsprawę.Jadę do Wernera.Trzeba natychmiast sprawdzić ten list.***Marcin był zaskoczony niespodziewaną wizytą.- Co się stało, panie majorze?- Zabieram pana ze sobą na jakąś godzinę - rzekł Downar.-Niech się pan ubiera.Jedziemy.Czy ma pan klucz od swojejskrzynki na listy?- Mam.Ale co się stało? Czy może znowu jakieś nieszczęście?- Nie, nie, nic groznego.Poturbowali trochę listonosza.Wdrodze panu wszystko opowiem.Chodzmy.- Muszię zawiadomić mojego szefa, że wychodzę z biura.- Niech pan powie, że to w związku z zabójstwem Sosnowskiego.- Już i tak tutaj na mnie podejrzliwie patrzą - uśmiechnął sięblado Marcin.W wozie Downar w kilku zdaniach zrelacjonował napad nalistonosza.- Przypuszcza pan.że komuś zależało na przejęciukorespondencji Sosnowskiego? - spytał Marcin.- Niewątpliwie.Czy nie zauważył pan, panie inżynierze, że ktośsię dobierał do pańskiej skrzynki na listy?- Nie.Nic takiego nie zauważyłem.Zresztą żadna sztukaotworzyć taką skrzynkę.Byle kluczyk może pasować.Ten facetpewnie nie pierwszy raz zaglądał do mojej korespondencji.- Myślę, że robił to regularnie, codziennie.Czy nie widział panjakiegoś człowieka z brodą, który się kręcił w okolicach pańskiegodomu?- Nie.Ten człowiek działał przecież w godzinach przedpo-łudniowych w czasie, kiedy oboje z żoną pracujemy.A jeżeli chodzio brodę, nie jest ona chyba znakiem rozpoznawczym.Brodę możnaprzyprawić.- Ma pan rację - przytaknął Downar.- Brodę można przyprawić.Do tego ciemne okulary i charakteryzacja gotowa.Zajechali na Mokotów.Wysiedli.Marcin, nie wchodząc do domu, otworzył skrzynkę i wyjąłpocztę.- Niech pan poszuka listu lotniczego z Anglii - polecił Downar.- Nie ma.- Tak przypuszczałem.Wszystko się zgadza.Marcin przekręcił klucz w zamku i pchnął drzwi.- Proszę, może pan wejdzie na.chwilę, panie majorze.Znalezli się w hallu, w którym rozmawiali tamtej nocy.Teraz,przy świetle dziennym, wszystko tu wyglądało inaczej, zwy-czajniej.Downar usiadł na fotelu i zapalił papierosa.- Napije się pan.czegoś? - spytał Marcin.- Kawa, herbata,kieliszek alkoholu?- Nie, nie, bardzo dziękuję.Nie mam ochoty ani na kawę, ani naalkohol.Myślę, że niepotrzebnie pan się tak przejmuje.Mizerniepan wygląda.- Skomplikowało mi się życie - rzekł cicho Marcin.- Niech pansobie wyobrazi, że żona podejrzewa mnie o to morderstwo.Downar współczująco pokiwał głową.- Bardzo przykre.Ale pan ma przecież czyste sumienie.Marcin milczał.ROZDZIAA VPogoda była fatalna.Od rana padał mokry śnieg, któryugniatany butami i kaloszami zamieniał się w błotnistą maz.Za trumną Edwarda Sosnowskiego szło zaledwie kilka osób:oboje Rumiccy z Leną, Wernerowie, siostra zamordowanego -Za- górzycka z mężem i jakaś nikomu: nie znana staruszka.%7łałobny orszak zamykał Downar.Trzymał się w pewnymoddaleniu, nie chcąc zwracać na siebie niczyjej uwagi.Wiatr gwałtownymi podmuchami strącał z drzewpoprzyklejane do gałęzi kawały śniegu.Komże księdza ikościelnego wtapiały się bielą w zimowy krajobraz. Cud będzie, jeżeli nie dostanę grypy" - myślał Downarczłapiąc pracowicie po błocie. Niech to wszyscy diabli.Pojakiego licha przywlokłem się tutaj?".Był wściekły naLeśniewskiego, który go namówił do wzięcia udziału w ponurejuroczystości.Wreszcie dobrnęli do świeżo wykopanego grobu.Grabarzestali opodal w zawodowej gotowości.Głośno pociągalizakatarzonymi nosami, śnieg padał coraz gęstszy, osiadał nakołnierzach palt, na brwiach i okularach, Zimno byłodokuczliwe, przejmujące.Spuszczano trumnę.Ksiądz zachrypniętym głosemodśpiewywał pośpiesznie modlitwy.Na wszystkich twarzachmalowało się niecierpliwe oczekiwanie.Za mało osób otaczałogrób, żeby można było niepostrzeżenie się ulotnić.vDownar stanął za drzewem i patrzył.Przeszła mu już złość naLeśniewskiego, a jej miejsce zajęła ciekawość.Przyglądał się lu-dziom, którzy przyszli tutaj z poczucia obowiązku wobec zmarłego.Właściwie dla nich wszystkich Sosnowski był nikim, obcym czło-wiekiem.Wernerowie wynajmowali mu pokój.Rumicka i Lenabyły z nim w restauracji i kawiarni, Rumicka podobno kiedyś goznała, ale to było tak dawno
[ Pobierz całość w formacie PDF ]