[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Mój Boże - szepnął Matt.- Jamie, spójrz, ilu rannych.- Widzę - odparł jego rówieśnik.- Fatalna sprawa.Po białej podłodze sali szpitalnej płynęły strumienie krwi.W zgęstniałym od potupowietrzu słychać było jęki i wrzaski.Na jednym z łóżek ranny agent leżał wpatrzony w sufit, głośno zgrzytając zębami zbólu.Przypominało to skrzypienie kredy po tablicy.Po jego lewym ramieniu pozostała białapanewka.Pielęgniarka zajęta oczyszczaniem i odkażaniem rany wbiła w jej środek igłę.Wtedy mężczyzna nie wytrzymał - z jego gardła wydobył się potężny wrzask.W sali zaroiło się od ludzi w czarnych mundurach.Stojąca w kącie grupkaprzerażonych agentów, którzy sami doznali tylko drobnych uszkodzeń ciała, przyglądała sięwszystkiemu z niedowierzaniem.Jamie polecił Mattowi, by do nich dołączył.- A ty? - spytał chłopiec z paniką w głosie.- Pójdę pomóc - odparł cicho.- Chyba rozumiesz?Matt popatrzył na przyjaciela i zacisnął zęby.- Jasne - odrzekł.- Dam sobie radę.Idz, na pewno się przydasz.Jamie objął go niezdarnie ramionami.- Dzięki - rzucił.- Wrócę, jak tylko będę mógł.Obiecuję.- W porządku - odparł Matt.- A teraz idz już.Pożegnawszy go skinieniem głowy, Jamie opuścił salę szpitalną, pobiegł do windy iwezwał przyciskiem kabinę.Czekanie zdawało się trwać całą wieczność.Zniecierpliwionyzaczął przestępować z nogi na nogę.Wreszcie winda nadjechała.W kabinie stała Larissa ze sztywno wyprostowanymi ramionami i pistoletem w dłoni.Jej stopy wisiały nad podłogą.Jamie widział ją gotową do akcji już dziesiątki razy, lecz nigdynie cieszył się na jej widok tak bardzo jak teraz.Oczy wampirzycy zalśniły czerwienią.Otworzyła usta, ale chłopiec nie dał jej dojśćdo słowa.Wsiadł do windy i przytulił ją z całej siły.Kiedy wreszcie nadeszła pora odpoczynku, prawie nikt z ocalonych nie mógł zasnąć.Agenci, którzy wyszli z masakry bez szwanku lub zostali zwolnieni ze szpitala, mogli sięudać do swoich łóżek.Wyczerpani i przygnębieni rozeszli się do kwater, gdzie zaczęły ichdręczyć koszmarne sny.Zaczęto snuć najgorsze domysły.Nikt nie był pewien, ilu ludzi zginęło, a ilu zostałorannych.Wszyscy wiedzieli jednak o porwaniu admirała Sewarda i o udanej misji Jamiego wParyżu.To drugie zdarzenie byłoby okazją do świętowania, gdyby nie mrożąca krew wżyłach wiadomość o przemianie pułkownika Frankensteina w wilkołaka.Wśród pytań, jakie zadawano sobie w zaciszu korytarzy, powtarzało się jednowymagające natychmiastowej odpowiedzi: kto przejmie dowodzenie po admirale Sewardzie?Jamie z Larissą leżeli przytuleni do siebie na wąskim łóżku.Było to niezgodne zregulaminem bazy ani z zasadami etyki agenta, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia.Tylezłego wydarzyło się podczas ich rozłąki.Oboje niejednokrotnie bali się, że już nigdy więcejsię nie zobaczą.Teraz jeszcze bardziej zależało im na tym, żeby zostać razem.Matt spał w pokoju obok z zabandażowaną głową.Prawie całą noc spędził w saliszpitalnej, czekając cierpliwie na swoją kolej, bo lekarze mieli pełne ręce roboty przy ciężkorannych agentach.Kate nie mogła zasnąć.Cały czas myślała o Shaunie, pogrążona w bolesnychwspomnieniach, bezlitośnie powracających w jej pamięci.Kiedy Paul Turner z CalemHolmwoodem nieśli jego ciało do bazy, stała bezczynnie z boku i biernie przypatrywała sięcałej scenie.Pragnęła jakoś pomóc, znalezć słowa pocieszenia, ale nie potrafiła.Pułkownik Holmwood siedział zapracowany za biurkiem w swojej kwaterze.Właśnieodbył telekonferencję z premierem oraz szefem Sztabu Generalnego, podczas którejpoinformował obu panów o tym, co zaszło w bazie Departamentu 19, udzielając zarazemodpowiedzi na ich pełne niepokoju pytania.Nakazał obserwację terenu bazy, zakodowałczujniki i wprowadził stan alarmowy.Przez cały czas zastanawiał się nad tym, co sięwydarzyło i gdzie popełniono błąd.Frankenstein spał twardo w celi na poziomie H.Podany przez Jamiego środek nasennyjeszcze działał.Ciało potwora znowu przybrało ludzką formę.Stało się to podczas snu, dziękiczemu nie cierpiał.Leżał skulony w kącie specjalnej, ściśle strzeżonej celi, oddychającmiarowo.Nerwowe kurcze wykrzywiały jego twarz pod wpływem sennych koszmarów.Wzdłuż ogrodzenia okalającego bazę przechadzali się dwaj strażnicy z megagnatami.Obaj byli wyczerpani, ale zgodzili się pełnić służbę bez słowa skargi.Ich myśli krążyły wokółprzyjaciół i towarzyszy - ocaleni trafili do sali szpitalnej, a ciała poległych zabrano dokostnicy.Z szacunku dla nich strażnicy pozostali na posterunku.Czuli, że są im to winni.Kiedy na horyzoncie leniwie zamajaczyło bladożółte słońce, zdawało się, że przezkorytarze bazy przetacza się echem zbiorowe westchnienie ulgi.Po nieskończenie długiej nocy wreszcie nastał nowy dzień.OSIEMDZIESIT SZEZ DNI DO GODZINY ZERO51NARADA WOJENNADochodzący z tabletów sygnał wyrwał Jamiego ze snu.Postękując, sięgnął do stolika.Larissa przewróciła się na plecy i wyciągnęła ręce nad głową.- Która godzina? - spytała zaspanym głosem.- Nie mam pojęcia - odparł.Wziął do ręki swój tablet i popatrzył na ekran spodprzymrużonych powiek.DOWSZYSTKICH/ZEBRANIEOBOWIZKOWE/CO/0900Zerknął na zegarek - była 8.35.Jęknął przeciągle.- Jest pięć po wpół do dziewiątej - powiedział.- Za dwadzieścia pięć minut mamyzebranie.Obecność obowiązkowa.- Kto ma przyjść? - spytała Larissa, przecierając oczy.- Wszyscy.Jamie usiadł na łóżku, a kiedy dłoń wampirzycy spoczęła na jego ramieniu, odwróciłgłowę i spojrzał na dziewczynę.Jej czarne włosy leżały rozrzucone na poduszce.Jedenniesforny kosmyk przysłaniał oko.Jamie uznał, nieobiektywnie zresztą, że Larissa jest pięknajak zwykle.- To, co się wczoraj wydarzyło, nie było snem? - odezwała się cicho.Pokręcił powoli głową.- Nie - odrzekł.- Teraz trzeba się zastanowić nad jednym: co dalej?Dwadzieścia minut pózniej oboje wysiedli z windy na poziomie zero, by dołączyć doreszty.Agenci w czarnych mundurach stali stłoczeni przed drzwiami centrum operacyjnego,dyskutując o wydarzeniach zeszłej nocy.Docierały do nich tylko strzępki informacji.Zasłyszane przypadkiem urywki rozmównie napawały optymizmem - spekulowano, że Departament 19 stracił połowę swoich ludzi, żepo zmroku szykuje się kolejny atak wampirów i że ponad dwudziestu agentów współpracuje zValerim Rusmanovem na szkodę organizacji.Przeciskając się przez tłum, Jamie poczuł naplecach dotyk dłoni Larissy.Najwyrazniej wampirzyca chciała mu dać znać, że krążącewokół plotki nie umknęły jej uwadze.Przy drzwiach centrum operacyjnego natknęli się na braci Jacka i PatrickaWilliamsów.Obaj byli bladzi i przejęci, lecz na widok towarzyszy ich twarze sięrozchmurzyły.- Jak tam? - rzucił Patrick.- W porządku - odparł Jamie.- Zważywszy na okoliczności.- Jack mówił mi o twojej misji w Paryżu - poinformował Patrick.- Piekielnie dobrarobota, stary.- To nasza wspólna zasługa.- Jamie zerknął na Jacka, który odpowiedział muuśmiechem.- Czy wszyscy już wiedzą? - spytał Patrick.Jamie zaprzeczył.- Szczerze mówiąc, nie byłem pewien, kogo poinformować - odrzekł.Wszyscy czworo posmutnieli nagle na myśl o admirale.- Nie miałem nawet czasu sporządzić raportu
[ Pobierz całość w formacie PDF ]