[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Odezwałam się do niego w sumie tylko po to, \eby zagrać na nosie Suzei Chantal.Ale jest w porządku.Zmiał się z mojej opowieści o Suze i jej liście, a gdypowiedziałam mu, gdzie mieszkam, ze zdumienia wytrzeszczył oczy. Mieszkasz w chocolaterie? Ale bomba!Wzruszyłam ramionami. No. I jesz czekoladki? Na okrągło.Przewrócił oczami, a ja parsknęłam śmiechem.Wtedy. Czekaj. Wyjął srebrny aparacik, niewiele większy od pudełka zapałek, iwycelował we mnie. Mam cię powiedział. Hej, przestań. Odwróciłam głowę.Nie lubię swoich zdjęć.Ale Jean-Loup ju\ spoglądał na wyświetlacz.Na jego twarzy pojawił sięuśmiech. Zobacz. Podsunął mi aparat pod nos.Rzadko oglądam swoje zdjęcia.Większość to sztywne ujęcia, zdjęciapaszportowe na białym tle i bez uśmiechu.Na tej fotografii jestem roześmiana;Jean-Loup pstryknął ją pod dziwnym kątem i pochylam się w stronę obiektywu, aświatło pada mi na twarz okoloną chmurą rozwianych włosów.Jean-Loup uśmiechnął się z satysfakcją. No, przyznaj, \e niezłe.Wzruszyłam ramionami. Mo\e być.Od dawna się tym zajmujesz? Od kiedy po raz pierwszy poszedłem do szpitala.Mam trzy aparaty, mójulubiony to stara yashica, której u\ywam tylko do czarnobiałych zdjęć.Alecyfrówka te\ jest w porządku, no i zawsze mogę ją nosić przy sobie. Dlaczego byłeś w szpitalu? Mam kłopoty z sercem wyjaśnił. To dlatego straciłem rok.Miałem dwieoperacje i opuściłem cztery miesiące.Beznadzieja. ( Beznadzieja" to jedno zulubionych określeń Jeana-Loupa). Czy to powa\ne? zapytałam.Wzruszył ramionami. Prawie umarłem.Na stole operacyjnym.Przez pięćdziesiąt dziewięć sekundoficjalnie byłem trupem. Rany powiedziałam. Masz bliznę? Całą masę odparł Jean-Loup. Wyglądam jak Frankenstein.I ani się obejrzeliśmy, jak gadaliśmy na całego.Wspomniałam mu o maman iThierrym, a Jean-Loup opowiedział mi, \e jego rodzice rozwiedli się, kiedy miałdziewięć lat, a tata o\enił się ponownie w zeszłym roku.Jego laska jest miła, ale toniewa\ne, poniewa\. Poniewa\ wtedy nie znosimy ich najbardziej uzupełniłam z uśmieszkiem, naco Jean-Loup wybuchnął śmiechem i zostaliśmy przyjaciółmi, tak po prostu.Pocichu i bez ceregieli.I nagle przestało mnie obchodzić, \e Suze woli Chantal, a jazawsze jestem głupim Jasiem.Kiedy czekaliśmy na autobus, stanęłam z Jeanem-Loupem na przodzie kolejki.Suze i Chantal łypały na nas ze swego miejsca pośrodku, ale nie powiedziały anisłowa.6Poniedziałek, 19 listopadaAnouk wróciła dziś ze szkoły w podskokach.Przebrała się, ucałowała mniesoczyście po raz pierwszy od wielu tygodni i oznajmiła, \e wychodzi z kolegą".Nie naciskałam; była ostatnio tak dra\liwa, \e wolałam nie psuć jej humoru, aleod razu nadstawiłam ucha.Od kłótni z Suzanne Prudhomme nie poruszała tematuprzyjaciół i choć mam dość oleju w głowie, by nie ingerować w dziecięceniesnaski, boli mnie, \e została wykluczona z grupy.Tak bardzo się starałam, \eby ją zaakceptowano.Wielokrotnie zapraszałamSuzanne, piekłam ciasta, organizowałam wyjścia do kina.Ale wszystko na nic,jakby niewidzialna linia oddzielała Anouk od reszty i z ka\dym dniem rysowała sięcoraz wyrazniej.Ale dzisiaj było inaczej.Gdy wychodziła z domu (jak zwykle pędem),wydawało mi się, \e widzę dawną Anouk, biegnącą przez skwer w czerwonympłaszczyku, z włosami rozwianymi jak flaga piracka i cieniem" depczącym popiętach.Ciekawe, co to za kolega".W ka\dym razie na pewno nie Suzanne.Ale coświsi w powietrzu, czuję powiew optymizmu, ka\ący mi odsunąć troski na bok.Mo\e to słońce, które ponownie zaświeciło na niebie po siedmiu pochmurnychdniach.Albo to, \e po raz pierwszy od trzech lat sprzedaliśmy wszystkie zestawyupominkowe.A mo\e to po prostu zapach czekolady i zadowolenie z podjętej nanowo pracy, krzepiące bulgotanie rondli i dotyk granitowej płyty, która rozgrzewasię od ciepła moich rąk.No i to, \e znów robię coś, co sprawia ludziom tyleradości.Dlaczego tak długo zwlekałam? Czy to mo\liwe, \e chciałam w ten sposóbzatrzeć wspomnienie przeszłości, Lansquenet i Roux, Armande i Josephine, anawet cure Francisa Reynauda, czyli tych wszystkich osób, których \ycie przybrałoinny obrót, w chwili gdy znalazłam się w pobli\u? Wszystko musi kiedyś wrócić do domu", mawiała moja matka, ka\dewypowiedziane słowo, ka\dy rzucony cień i odcisk stopy na piasku.Nie ma na torady, po części dzięki temu jesteśmy, jacy jesteśmy.Dlaczego teraz miałabym siębać? Dlaczego miałabym się bać czegokolwiek?Ostatnie trzy lata upłynęły nam na cię\kiej pracy.Wytrwałyśmy.Zasługujemyna udany plon.Chyba wreszcie czuję, \e wiatr zmienia kierunek.I niezawdzięczamy tego urokom ani zaklęciom, tylko własnej harówce
[ Pobierz całość w formacie PDF ]